W najnowszym numerze AP zine przeprowadziłem ankiete wśród zines edytorów na temat papierowych zinów, w której pytanie brzmiało: "Czy w dzisiejszych czasach warto jeszcze robić ziny na papierze?". Kilku z odpowiadających przesłało odpowiedzi już po skończeniu przeze mnie tego numeru więc nie znalazły się one na papierze, jednak postanowiłem je przytoczyć tutaj. Na uwagę zasługuje szczególnie wypowiedź Arka z Morbidious Pathology zine, który znany jest ze swoich szerokich wywodów na dane kwestie, a który w tym przypadku można powiedzieć, że napisał na ten temat pracę :) Mimo wszystko bardzo polecam przeczytać do końca...
Moim zdaniem warto robić papierowe pisma, ze względu na
to, że przetrwaja dłużej niż link w sieci. Istnieją zbieracze papierowych zinów,
a ja sam często wracam do zakurzonych, popakowanych w pudła starych numerów:
Holocaust, Infernal Death, Thrash'em All i innych mniej znanych, z zamiarem
przeczytania starego wywiadu Z Sadistic Intent czy Emperor. Dodatkowo jeśli
magazyn ma rozbudowaną szatę graficzną: rysunki, ramki, zdjęcia, obowiązkowo logosy,
ewentualnie jakieś flyersy, to podwyższa to jego wartość w moich oczach. Oczywiście
istnieją strony w internecie, które przykuwają oko przemyślaną grafiką w starym
stylu (np. Voices From The Darkness), ale są to rzadkie przypadki. Zazwyczaj nudzi
czytającego wpatrywanie się w podobne do siebie artyuły, wywiady czy recenzje, a
na papierze coś przyciaga uwagę nawet do mniej znanego zespołu, jednak
zestawionego z ciekawa grafiką czy zdjęciem. Jednocześnie istnieja ziny, które
nie przykładają wagi do wyglądu i nie zamieszczają żadnych obrazków, zdjęć a
posiłkują się jedynie gotycka czcionka zamiast logo. Takie pisma sa dla mnie
równie nudne i beznadziejne co webziny. Najważniejsze w pracy nad papierowym
zinem jest dla mnietchniecie w niego własnego stylu oraz okraszenie go ciekawa
grafiką ku chwale Szatana.
Jakub Jezierski-
Corpus Vermis zine, ex-Cuthulu zine
Dlaczego warto?
Stary, nie warto, nie pchaj się w to, nie wydawaj więcej numerów! Bo sam wiesz,
gadasz z tymi wszystkimi zespołami, robisz te pytania, a oni odpowiadają często
bardzo wyczerpująco i sporo mają do powiedzenia, a potem trzeba
to wszystko czytać i poprawiać, wstawiać, wklejać, edytować, poznajesz ludzi a
facebook ma ograniczoną liczbę znajomych jaką możesz przyjąć, ogarniasz masę
muzy do recek co męczy jak cholera bo kto by chciał prawie co dzień posłuchać
czegoś nowego ze swojego ulubionego gatunku muzy? itd. A nie wspomniałem o
gigach, na które trzeba chodzić bo wypada zrobić relację żeby w zinie była. No
masakra, a jeszcze mówię Ci jak już złożysz to wszystko i wydrukujesz to nie ma
chuja że odpoczynek bo piszą, walą do ciebie po tego szmatławca
za kasę czy z wymianami się oferują a jak napiszesz że chcesz za
to koncertówkę Burzum to i tak znajdą sposób żeby swoją sztukę dorwać. No i
chuj do ksera zapierdalasz a to też czas i kasa i jak się tego rozejdzie to nie
ma urlopu bo przeczytają przyswoją ktoś recke ziniacza strzeli i chuj piszą,
oferują, ślą promówki do recek, a te kurwa w pyte się okazują często i już
wywiad trzeba zrobić bo ciekawość i chęć wsparcia ciągnie. A i
listonosz cie nienawidzi bo w chuj paczek, listów, gówien do ciebie nosi co
dzień a ty uwielbiasz pana Stasia i nie chcesz chłopu robić przykrości tak jak
i paniom na poczcie polskiej bo kochasz tę instytucję. Ogólnie zawracanie dupy
obopólne i strata czasu bo zamiast poczytać Polskiego Vampa czy pooglądać filmy
niskokostiumowe to nawalasz te muze, te wywiady, te recki, wydajesz, rozdajesz,
wymieniasz, sprzedajesz a potem słyszysz że zajebiście że piszesz i że pisałeś
i że kolega co zina też robi to podoba mu się twoja raca tylko ma żal do ciebie
bo przeczytał wywiad/reckę i kasetę/płytę musiał nabyć bo skoczyło u niego zainteresowanie młodziakami
z świeżym materiałem a i jeszcze wywiad z nimi też zrobi i kurwa choć nie
chciał to pomoże altruistycznie zamiast być chujem i nic nie robić. A ogrom
kapel jest i ciągle powstają nowe z których jedne trzeba sprowadzić na ziemie
inne ujebać u źródła a resztę wesprzeć jak tylko się da bo zasługują na to aby
wyjść ze swoją muzą poza swój pipidów pokroju warszawy. No witki opadają. A
tylko raz było warto jak mi stały czytelnik na gigu wódkę postawił za to że
zina robię. No i to by było na tyle.
Michał-
Vomitorium Zine
Gdyby podejść do tematu z dystansem, wówczas być może
wystarczyłoby podeprzeć się banalną, acz jakże prawdziwą i wynikającą z
życiowego doświadczenia, pointą wieńczącą znakomitą (moim skromnym zdaniem)
reklamę będącego w powszechnym użyciu wyrobu toaletowego – „Papier ma jednak
wielką przyszłość” hehe. No, ale żarty na bok, bo jak mniemam zależy Ci raczej
na tym, aby uzyskać w miarę wartościowe pod względem merytorycznym głosy w
dyskusji. W związku z tym na wstępie zaznaczę może, iż według mnie na
zagadnienie będące przedmiotem naszych rozważań wypadałoby spojrzeć zarówno z
perspektywy twórcy, jak i odbiorcy – bo przecież nie ograniczam się wyłącznie
do wydawania pisemka, lecz jestem również aktywnym czytelnikiem tego rodzaju
periodyków, a gdyby zacząć operować konkretnymi jednostkami czasu mogłoby się
okazać, że nawet więcej poświęcam go na lekturę innych ‘zines niż na
gromadzenie materiałów do kolejnych odsłon własnego szmatławca hehe. Jeśli
zatem miałbym określić swoje stanowisko w omawianej sprawie jako edytor to
będąc zupełnie szczerym muszę wyznać, iż nie potrafię wskazać konkretnych
powodów, dla których warto wydawać „papierzaki” – co istotne nie podam także
żadnych argumentów mogących świadczyć o tym, że czynienie tego jest pozbawione
sensu. Niewykluczone, iż moja postawa może wydać się „nieco” osobliwa (jeśli
nie idiotyczna), lecz jej fundamentem w głównej mierze jest głębokie przekonanie, że nie należy kwestii tworzenia
podziemnego szmatławca rozpatrywać w kategoriach warto/nie warto. Źródłem
takich, a nie innych zapatrywań na tę sprawę jest to, iż ja osobiście moją
działalność klasyfikuję wyłącznie jako hobby dające mi możliwość, aby w nieco
bardziej aktywny sposób wspierać uwielbianą muzykę i zadać hołubionym przeze
mnie zespołom pytania, na które sam, jako maniak, chciałbym poznać odpowiedź –
nic ponad to! Dlatego też w swoich poczynaniach daleki jestem od jakichkolwiek
kalkulacji, ponieważ zine’a tworzę przede wszystkim dla własnej satysfakcji.
Należałoby zastanowić się również nad tym, jakie czynniki miałyby decydować czy
tego rodzaju „zajęcie” jest sensowne, czy też nie – liczba rozprowadzonych
egzemplarzy? A może Ilość otrzymanych do recenzji płyt? W mojej opinii już samo
stawianie tego rodzaju pytań jest (delikatnie rzecz ujmując) niezbyt roztropne,
ponieważ mając na uwadze charakter oraz profil naszej działalności
niedorzecznością jest mówić o jakichkolwiek korzyściach (poza poczuciem
samorealizacji oczywiście), które mogłyby ją w dostateczny sposób uzasadniać.
Mało tego! Niejednokrotnie jest wręcz odwrotnie, gdyż koszta, jakie ponosi
edytor takowego periodyku (litościwie pomijam stricte finansowe nakłady) zdają
się jednoznacznie wskazywać, iż każdy zdrów na umyśle, racjonalnie oceniający
fakty osobnik, czym prędzej powinien zrezygnować z tego jakże deficytowego
„interesu”. Na szczęście zarówno znani mi edytorzy, jak też i ja sam, w
„głębokim poważaniu” mają aspekty „kapitałowe” i kierują się wyłącznie
napędzającą ich działania pasją do metalu, dzięki czemu wciąż jeszcze ukazuje
się kilka(naście) tytułów, po które zawsze z chęcią sięgam. Zdaję sobie
oczywiście sprawę z tego, że kurczowe trzymanie się owej „papierowej tradycji”
w dzisiejszych czasach, które wyraźnie naznaczone są piętnem nowoczesnych
technologii, przez wielu może być uznane za dziwactwo, jednakże ja wciąż
wielkim szacunkiem darzę tę, według niektórych, szalenie archaiczną formę. Nie
przeczę, iż pewną rolę mogą w tym przypadku odgrywać również swego rodzaju
sentymenty, gdyż należę do pokolenia, którego dzieciństwo szczęśliwie przypadło
na okres ery pre-internetowej, co
niejako „skazywało” nas na obcowanie z carta papirea – niezależnie od
tego czy mówimy o książkach, czy też o prasie. W rezultacie pozwoliło to na
przykład wykształcić w sobie pasję czytelniczą, a co za tym idzie przywiązanie
do wydawnictw drukowanych. Jestem rzecz jasna w pełni świadomy, że współczesny
świat rządzi się zgoła odmiennymi prawami, a więc i oczekiwania przeciętnego
odbiorcy uległy radykalnej przemianie, aczkolwiek dla mnie osobiście nie
stanowi to wystarczającego powodu do tego, aby porzucić celulozę na rzecz
systemu binarnego (w grę wchodziłoby ewentualnie równoległe istnienie obydwu
wersji) mającego fundamentalne znaczenie dla wirtualnego świata – ten bowiem w zatrważającym wręcz stopniu wyraża kompletnie niezrozumiałą dla mnie ideę
infotainment, charakterystyczną także dla mediów masowych, które celują w gusta
„czytelnika” stawiającego niewyszukaną rozrywkę ponad rzetelny tekst. Takie
założenia oraz wytyczne wychodzące na przeciw wspomnianym wymogom mają niestety
przemożny wpływ na poziom prezentowanych treści, który, oględnie mówiąc, na
ogół nie zachwyca. Naturalnie, gdyby skonfrontować najbardziej nawet poczytnego
„papierzaka” z np. webzinem, portalem czy też blogiem w zakresie szybkości,
zasięgu oraz dostępności przekazywanych informacji, to właściwie w ciemno można
obstawiać zwycięzcę tej potyczki. Ale! Nawet, jeśli w tej „bitwie” tradycja
ulega nowoczesności, to warto pamiętać, iż w odwodzie pozostaje nam jeszcze
merytoryka – według mnie to właśnie ona może być największą siłą papierowych
‘zines, stanowiąc jednocześnie argument wyrażający głos „za” w tej dyskusji.
Gdybym miał na tę kwestię spojrzeć li tylko i wyłącznie z
punktu widzenia czytelnika, to zdecydowanie optowałbym za rozwiązaniem
zapewniającym mi możliwość sięgnięcia po lekturę na odpowiednim poziomie, a z
mojego dotychczasowego doświadczenia wynika, iż to właśnie na stronicach
papierowych szmatławców najczęściej odnajduję treści prezentujące odpowiednią
wartość merytoryczną. Zazwyczaj staram się nie generalizować, jednakże mając na
uwadze to, iż w ciągu ostatnich paru lat zdążyłem zapoznać się z „kilkoma”
różnego sortu serwisami czy też portalami, których twórcy zajmowali się
promocją szeroko pojętego metalu, mogę stwierdzić, że w większości przypadków
ich autorzy palmę pierwszeństwa przyznają ilości nie zaś jakości, a tego
rodzaju polityka zupełnie do mnie nie przemawia. Już na pierwszy rzut oka można
zauważyć niezwykle niepokojącą tendencję do swego rodzaju tabloidyzacji, która
przejawia się miałkością prezentowanych materiałów. Uprzedzając ujadanie
ewentualnych oponentów zaznaczę, iż nie jest moim zamiarem deprecjonowanie
kompetencji osób odpowiedzialnych za tego rodzaju „twory”, bo wydaje mi się, że
częściej niż z ich braku taki stan rzeczy może wynikać z wdrażania w życie
określonych priorytetów będących odpowiedzią na oczekiwania ludzi zapewniających
odpowiednią ilość odsłon danej strony. Zdaję sobie również sprawę z tego, że i
wśród edytorów „papierzaków” odnajdziemy osobników charakteryzujących się
zarówno nikłą wiedzą, jak i niewystarczającymi zdolnościami, jednakże nawet
pomimo tego towarzyszy mi uczucie, iż w tej materii szala zwycięstwa przechyla
się na „naszą” stronę. Może i trąci to nieco arogancją, ale ja naprawdę uważam,
że efekty pracy niektórych spośród naszych kolegów „po fachu” noszą znamiona
pełnego profesjonalizmu, którego źródłem jest przede wszystkim rozległa wiedza
nie tylko na temat metalu – a jeśli dodamy do tego również niemałe umiejętności
w zakresie posługiwania się słowem pisanym, to rychło okaże się, iż lektura
takiego periodyku jest nie tylko przyjemnością, ale i daje nam okazję do tego z
pozycji obserwatora uczestniczyć w ważkiej „dyspucie”. To z kolei może także
skłaniać do refleksji czy też dalszych poszukiwań, a więc dawać impuls do
rozwoju, który według mnie jest i będzie zawsze pożądany. Oczywiście źródeł
faworyzowania przeze mnie tej konkretnej formy, a co się z tym wiąże
opowiadania się za sensownością tworzenia papierowych piśmideł, można
doszukiwać się we wspomnianym już przeze mnie sentymencie (być może dla
niektórych kompletnie niezrozumiałym) do „bibuły”, ale niepoślednie znaczenie
ma w tym przypadku także poczucie… komfortu. Zdecydowanie bardziej cenię sobie
bowiem możliwość wygodnego usadowienia się na ten przykład w fotelu z papierowym
periodykiem w ręku, niźli wlepiania wzroku w ekran komputera – tym bardziej, że
ze względu na aktualnie wykonywaną pracę zawodową jestem zmuszony robić to
przez 8h każdego dnia. Każdorazowo z ogromną ulgą i niewysłowioną wręcz
radością witam możliwość „uwalenia się” oraz chwycenia w łapy konkretnego
„papierzaka”, którego lektura uzupełniona jest zazwyczaj porcją metalowego
łomotu, dlatego też pozostając w tej jakże wygodnej pozycji odpowiem, iż mam
nadzieję, że nigdy nie zabraknie maniaków, którzy podobnie jak ja, na przekór
wszystkiemu, wciąż będą głęboko wierzyć w to, że warto tworzyć papierowe
nieregularniki…
Arek Jendzicki-
Morbidious Pathology zine